Żyję w jakimś koszmarze kontrastów.
Dramatyzm pierwszego zdania tak bardzo mnie rozbawił, że postanowiłam go nie kasować ;).
Mam chore myśli o rzuceniu studiów. Nie odnajduję się w tym zoo paralityczek z torbami w zgięciach łokci. Kierunek łatwy, robię to, co lubię. Tylko, czy to wystarczy?
Szczęście- rozpacz, rozpacz- szczęście.
Dzisiaj zajadam się chipsami i mam nadzieję, że bąble na wewnętrznej stronie powieki nie są niczym groźnym i gałka oczna wcale mi od nich nie wypłynie.
Jedno się nie zmieniło od ostatniego wpisu- wciąż trzeba uzupełniać niedobór alkoholu w organizmie. Przecież trzeba wypłukiwać kamienie z nerek!
PS.
Chodzę na samoobronę, skopię wszystkim dupy!
Dramatyzm pierwszego zdania tak bardzo mnie rozbawił, że postanowiłam go nie kasować ;).
Mam chore myśli o rzuceniu studiów. Nie odnajduję się w tym zoo paralityczek z torbami w zgięciach łokci. Kierunek łatwy, robię to, co lubię. Tylko, czy to wystarczy?
Szczęście- rozpacz, rozpacz- szczęście.
Dzisiaj zajadam się chipsami i mam nadzieję, że bąble na wewnętrznej stronie powieki nie są niczym groźnym i gałka oczna wcale mi od nich nie wypłynie.
Jedno się nie zmieniło od ostatniego wpisu- wciąż trzeba uzupełniać niedobór alkoholu w organizmie. Przecież trzeba wypłukiwać kamienie z nerek!
PS.
Chodzę na samoobronę, skopię wszystkim dupy!
Tagi:
blah blah blah
10.11.2010 o godz. 19:29
komentuj (1)
Czyli ciężki stan emocjonalny i alkoholowy.
(zdjęcia ocenzurowane)
Do października jeszcze sporo czasu.
(zdjęcia ocenzurowane)
Do października jeszcze sporo czasu.
Tagi:
wakacje
U mnie dobrze. Aż słodko, że się rzygać chce.
Zakupiliśmy wspólnie nasze własne mieszkanie. Ma jakieś 4 metry kwadratowe i w przypadku rozstania podzielimy je nożyczkami. Albo w pionie, albo w poziomie.
W nocy z poniedziałku na wtorek wyjeżdżamy nad morze za własne pieniądze i z naszym własnym "mieszkaniem".
Dostałam się na wszystkie wybrane kierunki, tj. na filologię polską, dziennikarstwo i komunikację społeczną, psychologię oraz europeistykę. Ostatecznie wybrałam filologię i wcale nie oznacza to, że zostanę nauczycielką.
Pracuję i jestem wciąż bardzo zmęczona. Czekam na urlop.
Poza tym jestem bardzo szczęśliwa i nie widzę powodu, żeby tutaj wylewać swoje przemyślenia. A jest ich dużo, bo bez myślenia przy pracy takiej, jak moja, można szybko zasnąć. Raz mi się zdarzyło.
Zakupiliśmy wspólnie nasze własne mieszkanie. Ma jakieś 4 metry kwadratowe i w przypadku rozstania podzielimy je nożyczkami. Albo w pionie, albo w poziomie.
W nocy z poniedziałku na wtorek wyjeżdżamy nad morze za własne pieniądze i z naszym własnym "mieszkaniem".
Dostałam się na wszystkie wybrane kierunki, tj. na filologię polską, dziennikarstwo i komunikację społeczną, psychologię oraz europeistykę. Ostatecznie wybrałam filologię i wcale nie oznacza to, że zostanę nauczycielką.
Pracuję i jestem wciąż bardzo zmęczona. Czekam na urlop.
Poza tym jestem bardzo szczęśliwa i nie widzę powodu, żeby tutaj wylewać swoje przemyślenia. A jest ich dużo, bo bez myślenia przy pracy takiej, jak moja, można szybko zasnąć. Raz mi się zdarzyło.
Tagi:
.
... pochwalić się wynikami matury, które otrzymałam wczoraj krótko przed 11.
Szczerze powiedziawszy nie chodzi o dziką imprezę i urwany film na kilkanaście godzin- po prostu pracuję i chodzę zmęczona jak wół z pługiem w polu. Dopiero kilka dni i jeszcze nie zdołałam się wstrzelić w rytm. Poza tym wieczorem spotkaliśmy się na piwie, by kulturalnie cieszyć się z tego, że wszystkim udało się ten egzamin zdać. Zachlewamy w sobotę.
Moje wyniki są mało adekwatne w stosunku do pracy którą włożyłam w naukę. A włożyłam jej równe zero. Niezależnie jaką przyjąć jednostkę- dżule, godziny, newtony, czy inne bzdety.
Pozwolę sobie przytoczyć wyniki z pisemnych ;p
POLSKI:
podstawa- 79%
rozszerzenie- 78%
MATEMATYKA:
podstawa- 80%
ANGIELSKI:
podstawa- 90%
rozszerzenie- 83%
BIOLOGIA:
rozszerzenie- 73%
Czyli nie trzeba było się tak stresować.
Mam wrażenie, że z takimi wynikami są osiągalne dla mnie wszystkie kierunki, które wybrałam na Uniwersytecie Łódzkim, bo na tle różnych ludzi wypadłam nieźle.
A teraz idę spać, bo wróciłam z pracy i nie żyję.
Dziękuję za uwagę!
Szczerze powiedziawszy nie chodzi o dziką imprezę i urwany film na kilkanaście godzin- po prostu pracuję i chodzę zmęczona jak wół z pługiem w polu. Dopiero kilka dni i jeszcze nie zdołałam się wstrzelić w rytm. Poza tym wieczorem spotkaliśmy się na piwie, by kulturalnie cieszyć się z tego, że wszystkim udało się ten egzamin zdać. Zachlewamy w sobotę.
Moje wyniki są mało adekwatne w stosunku do pracy którą włożyłam w naukę. A włożyłam jej równe zero. Niezależnie jaką przyjąć jednostkę- dżule, godziny, newtony, czy inne bzdety.
Pozwolę sobie przytoczyć wyniki z pisemnych ;p
POLSKI:
podstawa- 79%
rozszerzenie- 78%
MATEMATYKA:
podstawa- 80%
ANGIELSKI:
podstawa- 90%
rozszerzenie- 83%
BIOLOGIA:
rozszerzenie- 73%
Czyli nie trzeba było się tak stresować.
Mam wrażenie, że z takimi wynikami są osiągalne dla mnie wszystkie kierunki, które wybrałam na Uniwersytecie Łódzkim, bo na tle różnych ludzi wypadłam nieźle.
A teraz idę spać, bo wróciłam z pracy i nie żyję.
Dziękuję za uwagę!
Są takie sprawy, które dopadają w najmniej oczekiwanych miejscach. Raz stojąc za kimś w kolejce do sklepowej kasy, innym razem śledząc ruchy pani fotograf w studio, a to znowu w banku lub składając CV u potencjalnego pracodawcy. Czasami jest co podziwiać, ale częściej wręcz przeciwnie- chcę odwrócić wzrok, nie widzieć, nie oceniać. Ale ciekawość i zadziwienie nie dają mi spokoju.
Nie mogę zrozumieć, dlaczego ludzie nie dbają o swoje ręce i włosy.W szczególności kobiety.
Można to zauważyć wszędzie, nie da się od tego widoku uciec.
Nie chodzi mi o to, by każda kobieta nosiła długie, pomalowane szpony lub mogła się pochwalić rekordową długością swojego owłosienia na głowie. Nie w tym sęk. Sęk w estetyce! Jeżeli ktoś nie potrafi pomalować sobie równo paznokci, to po co sięga po bardzo wyraziste lub ciemne kolory? Często też przy takim niechlujnym (acz przyciągającym wzrok) manicurze, kobiety zapominają o wycięciu odstających, nierównych, suchych i po prostu brzydkich skórek. Dlaczego jeszcze częściej stawiają sobie za cel, by mieć jak najdłuższe paznokcie, bez uwzględnienia równego i schludnego wypiłowania i wyrównania płytek?
Czy nie lepiej w takim wypadku po prostu zachować krótkie i czyste paznokcie, ewentualnie pomalować je bezbarwnym lakierem. Wygląda to o całe wieki bardziej estetycznie, zdecydowanie przyjemniej i po prostu czysto! Jeżeli same nie dajemy sobie rady, to trudniejsze wyczyny na paznokciach zostawmy po prostu profesjonalistom.
Jeszcze gorsze są włosy. Bo co tam rozdwojone końcówki (mój największy koszmar, po prostu OBRZYDLIWE! Nie mogę patrzeć), co tam przepalone kędziory, co po wypadających garściami, połamanych kłakach. Jedno jest ważne- żeby było długo! DŁUGO! DŁUGO!
Krótkie włosy nie są seksowne, nie są "trendi", nie są "dżezi". Lepiej hodować długie, zeschnięte, obszczane przez koty, wymłócone i zapleśniałe siano na głowie, niż zgrabną fryzurkę ze zdrowych i mocnych włosów.
Nigdy tego nie zrozumiem. I warto wspomnieć, że nie piszę tutaj o emo, dres-dupach, solarach, czy innych dewiantkach. Piszę o zwyczajnych dziewczynach, które jakoś opacznie postrzegają kwestię piękna i urody.
Z drugiej strony, trzeba mieć odwagę, żeby wyłamać się z powszechnej mody na DŁUUUGIE i KOLOROOOWE (lub po prostu koślawo pomalowane).
[Edit]
Ponieważ nie piszę o polityce, to może coś zagram. Do słów Juliana Tuwima:
Nie mogę zrozumieć, dlaczego ludzie nie dbają o swoje ręce i włosy.W szczególności kobiety.
Można to zauważyć wszędzie, nie da się od tego widoku uciec.
Nie chodzi mi o to, by każda kobieta nosiła długie, pomalowane szpony lub mogła się pochwalić rekordową długością swojego owłosienia na głowie. Nie w tym sęk. Sęk w estetyce! Jeżeli ktoś nie potrafi pomalować sobie równo paznokci, to po co sięga po bardzo wyraziste lub ciemne kolory? Często też przy takim niechlujnym (acz przyciągającym wzrok) manicurze, kobiety zapominają o wycięciu odstających, nierównych, suchych i po prostu brzydkich skórek. Dlaczego jeszcze częściej stawiają sobie za cel, by mieć jak najdłuższe paznokcie, bez uwzględnienia równego i schludnego wypiłowania i wyrównania płytek?
Czy nie lepiej w takim wypadku po prostu zachować krótkie i czyste paznokcie, ewentualnie pomalować je bezbarwnym lakierem. Wygląda to o całe wieki bardziej estetycznie, zdecydowanie przyjemniej i po prostu czysto! Jeżeli same nie dajemy sobie rady, to trudniejsze wyczyny na paznokciach zostawmy po prostu profesjonalistom.
Jeszcze gorsze są włosy. Bo co tam rozdwojone końcówki (mój największy koszmar, po prostu OBRZYDLIWE! Nie mogę patrzeć), co tam przepalone kędziory, co po wypadających garściami, połamanych kłakach. Jedno jest ważne- żeby było długo! DŁUGO! DŁUGO!
Krótkie włosy nie są seksowne, nie są "trendi", nie są "dżezi". Lepiej hodować długie, zeschnięte, obszczane przez koty, wymłócone i zapleśniałe siano na głowie, niż zgrabną fryzurkę ze zdrowych i mocnych włosów.
Nigdy tego nie zrozumiem. I warto wspomnieć, że nie piszę tutaj o emo, dres-dupach, solarach, czy innych dewiantkach. Piszę o zwyczajnych dziewczynach, które jakoś opacznie postrzegają kwestię piękna i urody.
Z drugiej strony, trzeba mieć odwagę, żeby wyłamać się z powszechnej mody na DŁUUUGIE i KOLOROOOWE (lub po prostu koślawo pomalowane).
[Edit]
Ponieważ nie piszę o polityce, to może coś zagram. Do słów Juliana Tuwima:
Pani Ilona Łepkowska (to "p" w jej nazwisku strasznie mnie irytuje, bo są "łby", a nie "łpy") powinna czerpać pomysły z prawdziwych wydarzeń, które dzieją się wokół mnie. Przy okazji jej scenariusze nabrałyby trochę realizmu, a i dialogi podskoczyłyby w swojej klasie.
Czuję się jak mimowolna ofiara telewizji w 3d i mam problem ze zdjęciem okularów. Sama mało uczestniczę w tym co się dzieje- u mnie jest cudownie aż do wyrzygania. Słucham, piję z babami moimi herbatę i wystawiam swoje sądy. Trudna rzecz nie dać ponieść się złudnemu poczuciu wszystkowiedzy- w końcu to nie moje uczucia, sprawy, mężczyźni, problemy. Trzeba być ostrożnym. Ja tu tylko sprzątam pobojowisko w głowach. Kiedyś mnie też trzeba było.
Powiem szczerze, że nie mogę oderwać oczu od tych wszystkich zawirowań. Śledzę z zapartym tchem nowe odcinki, nie mogę się doczekać wiadomości, spotkania, telefonu. Po prostu życie pisze najciekawsze scenariusze. Jak Kasia sama mi przyznała: kiedyś będzie się z aktualnych wydarzeń śmiała w głoś. Kiedyś.
Czuję się jak mimowolna ofiara telewizji w 3d i mam problem ze zdjęciem okularów. Sama mało uczestniczę w tym co się dzieje- u mnie jest cudownie aż do wyrzygania. Słucham, piję z babami moimi herbatę i wystawiam swoje sądy. Trudna rzecz nie dać ponieść się złudnemu poczuciu wszystkowiedzy- w końcu to nie moje uczucia, sprawy, mężczyźni, problemy. Trzeba być ostrożnym. Ja tu tylko sprzątam pobojowisko w głowach. Kiedyś mnie też trzeba było.
Powiem szczerze, że nie mogę oderwać oczu od tych wszystkich zawirowań. Śledzę z zapartym tchem nowe odcinki, nie mogę się doczekać wiadomości, spotkania, telefonu. Po prostu życie pisze najciekawsze scenariusze. Jak Kasia sama mi przyznała: kiedyś będzie się z aktualnych wydarzeń śmiała w głoś. Kiedyś.
Tagi:
.
Moje szczęście po prostu mnie przerasta ;) Nie umiem go ogarnąć ani głową, ani sercem.
Wyzdrowiałam, obijam się po koncertach, ale w wersji ugrzecznionej- bez piwa. Po pierwsze jeden z koncertów był bezalkoholowy, organizowany przez diakonię ewangelizacji (zespoły były całkiem: Akurat, Farben Lehre, T.Love itd.), ale to by nie robiło aż takiego problemu- monopolowe otwarte, okrążone przed występem przez mrowie późniejszej publiki i uczestników pogo. Poza tym wciąż jestem na antybiotykach i to był główny czynnik abstynencji.
Wczoraj wybraliśmy się na koncert plenerowy do Aleksandrowa na dni miejskie. Grał Happysad. Tutaj pogo było mniej szalone i zdecydowanie bardziej babskie. Adam nie znalazł sobie innej rozrywki, jak oglądanie tych małolat. Nie mam mu za złe- sama go zaciągnęłam w miejsce, które go mało interesowało i musiał znosić moje podskoki i wyrzuty. Jestem na tyle pewna naszej wspólnej sytuacji, że mogę przymknąć oko na jego oceny ;)
***
Jest taka refleksja po ostatnich wydarzeniach w związkach przyjaciółek: mężczyźni rzadko kiedy potrafią być fair w swoim zachowaniu. Poza tym zawsze mają wrażenie, że ich wybryki zostaną puszczone płazem. I często nie dostrzegają niesprawiedliwości w swoim zachowaniu- wychodzi szydło z worka. Ułożony, dość inteligentny człowiek po 2 latach okazuje się być jebanych patafianem.
Poza tym w każdym momencie związku może się okazać, że to nie "TO". Po 2 tygodniach, po miesiącu, roku, albo 3 latach. To nie ma znaczenia, trzeba szukać swojego szczęścia. Chociaż... z drugiej strony można też się pomylić w ocenie emocji. W żadnym razie stała miłość pełna zaufania nie może być traktowana równorzędnie z momentem szalonego zakochania.
Takie doświadczenia moich koleżanek wzbudzają we mnie paranoję związkową i mam poczucie, że moje szczęście może się okazać jednym wielkim spiskiem. Boję się tego jak cholera, ale bez zaufania nie ma nic. Zupełnie nic.
Wyzdrowiałam, obijam się po koncertach, ale w wersji ugrzecznionej- bez piwa. Po pierwsze jeden z koncertów był bezalkoholowy, organizowany przez diakonię ewangelizacji (zespoły były całkiem: Akurat, Farben Lehre, T.Love itd.), ale to by nie robiło aż takiego problemu- monopolowe otwarte, okrążone przed występem przez mrowie późniejszej publiki i uczestników pogo. Poza tym wciąż jestem na antybiotykach i to był główny czynnik abstynencji.
Wczoraj wybraliśmy się na koncert plenerowy do Aleksandrowa na dni miejskie. Grał Happysad. Tutaj pogo było mniej szalone i zdecydowanie bardziej babskie. Adam nie znalazł sobie innej rozrywki, jak oglądanie tych małolat. Nie mam mu za złe- sama go zaciągnęłam w miejsce, które go mało interesowało i musiał znosić moje podskoki i wyrzuty. Jestem na tyle pewna naszej wspólnej sytuacji, że mogę przymknąć oko na jego oceny ;)
***
Jest taka refleksja po ostatnich wydarzeniach w związkach przyjaciółek: mężczyźni rzadko kiedy potrafią być fair w swoim zachowaniu. Poza tym zawsze mają wrażenie, że ich wybryki zostaną puszczone płazem. I często nie dostrzegają niesprawiedliwości w swoim zachowaniu- wychodzi szydło z worka. Ułożony, dość inteligentny człowiek po 2 latach okazuje się być jebanych patafianem.
Poza tym w każdym momencie związku może się okazać, że to nie "TO". Po 2 tygodniach, po miesiącu, roku, albo 3 latach. To nie ma znaczenia, trzeba szukać swojego szczęścia. Chociaż... z drugiej strony można też się pomylić w ocenie emocji. W żadnym razie stała miłość pełna zaufania nie może być traktowana równorzędnie z momentem szalonego zakochania.
Takie doświadczenia moich koleżanek wzbudzają we mnie paranoję związkową i mam poczucie, że moje szczęście może się okazać jednym wielkim spiskiem. Boję się tego jak cholera, ale bez zaufania nie ma nic. Zupełnie nic.
Tagi:
.
Mam kolejny powód by czuć się staro.
Jestem w stałym związku, który jest, egzystuje, dzieje się i trwa codziennie. Codziennie się widzimy, codziennie razem wariujemy, codziennie chodzimy na spacery, czasami razem imprezujemy, zawsze razem wyjeżdżamy, razem świętujemy, śpimy, jemy, śmiejemy się, rozmawiamy, niańczymy szczura, gotujemy. W żadnym wypadku nie mogę na to narzekać! Uwielbiam wszystko, co razem robimy i nie chcę z tego rezygnować. Z tym, że...
Jako przedstawicielka płci pięknej lubię plotki, serialowo dramatyczne sceny (tutaj powinny zabrzmieć skrzypce z "Klanu"), patowe sytuacje, romantyczne historie o dzikim seksie w samochodzie na parkingu centrum handlowego, opowieści o silnych mężczyznach (podobno jeszcze istnieją!), którzy po prostu biorą!, swoją silną ręką i silnie przyciskają do swoich silnie przyciągających ust.
A opowieść kończy się wspólnym dymkiem w samej bieliźnie na balkonie szarego wieżowca w centrum miejskiej dżungli.
I właśnie dlatego z zapartym tchem i z zaciśniętymi zębami, pocierając o siebie swoimi drobnymi kolankami z całej siły, słucham opowieści wolnych lub prawie wolnych koleżanek o ich podbojach czysto nie-sercowych.
I czuję się staro. Staro-związkowa.
Ale nie jest mi z tym źle. Zawsze mogę liczyć na wsparcie koleżanek, które dostarczą mi niezbędnych w kobiecym życiu emocji ;p. Wygląda to jak oglądanie jakiegoś sportu siedząc na trybunach- jest nawet komu kibicować.
Jestem w stałym związku, który jest, egzystuje, dzieje się i trwa codziennie. Codziennie się widzimy, codziennie razem wariujemy, codziennie chodzimy na spacery, czasami razem imprezujemy, zawsze razem wyjeżdżamy, razem świętujemy, śpimy, jemy, śmiejemy się, rozmawiamy, niańczymy szczura, gotujemy. W żadnym wypadku nie mogę na to narzekać! Uwielbiam wszystko, co razem robimy i nie chcę z tego rezygnować. Z tym, że...
Jako przedstawicielka płci pięknej lubię plotki, serialowo dramatyczne sceny (tutaj powinny zabrzmieć skrzypce z "Klanu"), patowe sytuacje, romantyczne historie o dzikim seksie w samochodzie na parkingu centrum handlowego, opowieści o silnych mężczyznach (podobno jeszcze istnieją!), którzy po prostu biorą!, swoją silną ręką i silnie przyciskają do swoich silnie przyciągających ust.
A opowieść kończy się wspólnym dymkiem w samej bieliźnie na balkonie szarego wieżowca w centrum miejskiej dżungli.
I właśnie dlatego z zapartym tchem i z zaciśniętymi zębami, pocierając o siebie swoimi drobnymi kolankami z całej siły, słucham opowieści wolnych lub prawie wolnych koleżanek o ich podbojach czysto nie-sercowych.
I czuję się staro. Staro-związkowa.
Ale nie jest mi z tym źle. Zawsze mogę liczyć na wsparcie koleżanek, które dostarczą mi niezbędnych w kobiecym życiu emocji ;p. Wygląda to jak oglądanie jakiegoś sportu siedząc na trybunach- jest nawet komu kibicować.
Moja egzystencja dzieli się na etapy. Mam skłonności do popadania ze skrajności w skrajność.
Mogę siebie "wyetapować" biorąc pod uwagę różne czynniki jako wspólny mianownik. Na ten przykład WYGLĄD TWARZY. Są długie dni, kiedy lubię na siebie patrzeć i miesiące, kiedy nie znoszę tego robić. Obniżenie samooceny zauważalne jest wtedy w mocniejszym makijażu i ciągłych zabiegach (prostowanie włosów, znowu ich kręcenie, spinanie, rozpuszczanie, przycinanie, smarowanie twarzy podkładami). Kiedy się sobie podobam wystarczy mi trochę zmatowić nos, żeby się nie świecił jak psu jajca i tusz na rzęsy.
Niezależnie od tego działają etapy "chęć rozwoju"/"brak chęci, ogłupienie". Lubię czytać książki, ciekawostki, oglądać programy publicystyczne, wiadomości, wertować (moim zdaniem) sensowne gazety (po czytanych gazetach oceniam ludzi), sama coś pisać, ogólnie MYŚLEĆ. Ale czasami mam zapaści i docinam się od tego zupełnie, zabieram się za pierdoły i na całe godziny zamieram przy beznadziejnych grach w kulki.
Czasami też uważam, że jestem gruba, obwisła, beznadziejna, leniwa. Wyrzucam sobie wszystkie moje wady, ale nic z nimi nie robię. Poza kilkudniową głodówką. No kurwa...
Rzadziej uważam, że moje ciało jest znośne.
Z tym jedzeniem też jest skrajnie. Zażeram się jak dziki niedźwiedź przed zimą, a później odmawiam sobie wszystkiego. Długo tak nie wytrzymuję. Poza tym po dłuższym przejedzeniu mam wrażenie ciągłego przeciążenia żołądka- straszne uczucie dla mnie.
Teraz właśnie, niezależnie od tego jaki mianownik dać mojemu samopoczuciu, to wszystko jest nie tak jak powinno. Nawet ogólny nastrój jest dupny, zdrowie się sypie (dawno nie dorobiłam się tylu chorób na raz), mam poczucie bezsensu i straty czasu/życia/ambicji/możliwości. Głodówka (początkowo wymuszona przez mierne samopoczucie, teraz pielęgnowana przez moją spaczoną kondycję umysłową) przybrała formę "odchudzam się i nie jem nic, co nie jest czekoladowe".
Jest mi źle ze sobą.
[Edit]
Wstyd mi, że piszę takie pierdoły, więc chociaż wstawię moje aktualne fascynacje muzyczne.
Zdradzam już pewne symptomy starzenia się: wracam w muzyce popularnej do "cudownych lat 90."
Widać starzejemy się cały czas, proces ciągły, tylko kontrastowe zmiany widać dopiero później.
Na dzisiaj akurat zapałałam miłością do TLC. A z nimi wiąże moja ulubiona piosenka Mel C:
Mogę siebie "wyetapować" biorąc pod uwagę różne czynniki jako wspólny mianownik. Na ten przykład WYGLĄD TWARZY. Są długie dni, kiedy lubię na siebie patrzeć i miesiące, kiedy nie znoszę tego robić. Obniżenie samooceny zauważalne jest wtedy w mocniejszym makijażu i ciągłych zabiegach (prostowanie włosów, znowu ich kręcenie, spinanie, rozpuszczanie, przycinanie, smarowanie twarzy podkładami). Kiedy się sobie podobam wystarczy mi trochę zmatowić nos, żeby się nie świecił jak psu jajca i tusz na rzęsy.
Niezależnie od tego działają etapy "chęć rozwoju"/"brak chęci, ogłupienie". Lubię czytać książki, ciekawostki, oglądać programy publicystyczne, wiadomości, wertować (moim zdaniem) sensowne gazety (po czytanych gazetach oceniam ludzi), sama coś pisać, ogólnie MYŚLEĆ. Ale czasami mam zapaści i docinam się od tego zupełnie, zabieram się za pierdoły i na całe godziny zamieram przy beznadziejnych grach w kulki.
Czasami też uważam, że jestem gruba, obwisła, beznadziejna, leniwa. Wyrzucam sobie wszystkie moje wady, ale nic z nimi nie robię. Poza kilkudniową głodówką. No kurwa...
Rzadziej uważam, że moje ciało jest znośne.
Z tym jedzeniem też jest skrajnie. Zażeram się jak dziki niedźwiedź przed zimą, a później odmawiam sobie wszystkiego. Długo tak nie wytrzymuję. Poza tym po dłuższym przejedzeniu mam wrażenie ciągłego przeciążenia żołądka- straszne uczucie dla mnie.
Teraz właśnie, niezależnie od tego jaki mianownik dać mojemu samopoczuciu, to wszystko jest nie tak jak powinno. Nawet ogólny nastrój jest dupny, zdrowie się sypie (dawno nie dorobiłam się tylu chorób na raz), mam poczucie bezsensu i straty czasu/życia/ambicji/możliwości. Głodówka (początkowo wymuszona przez mierne samopoczucie, teraz pielęgnowana przez moją spaczoną kondycję umysłową) przybrała formę "odchudzam się i nie jem nic, co nie jest czekoladowe".
Jest mi źle ze sobą.
[Edit]
Wstyd mi, że piszę takie pierdoły, więc chociaż wstawię moje aktualne fascynacje muzyczne.
Zdradzam już pewne symptomy starzenia się: wracam w muzyce popularnej do "cudownych lat 90."
Widać starzejemy się cały czas, proces ciągły, tylko kontrastowe zmiany widać dopiero później.
Na dzisiaj akurat zapałałam miłością do TLC. A z nimi wiąże moja ulubiona piosenka Mel C:
Tagi:
.
...to prawdopodobnie kiedyś go kochała, lub kocha wciąż.
Może jestem kiepskim przykładem, ale zgadzam się z tym. Na podstawie autopsji. Bo ja nie mam zwyczaju nienawidzić, nie mam w zwyczaju trzymać urazy. Po prostu mi mija, minuta po minucie, godzina po godzinie, dzień po dniu sprawa staje mi się coraz bardziej obojętna, zmętniała, odległa, a związani z nią ludzie obcy i nieznani.
Jest jeden mężczyzna(?), który przyprawiał mnie o dzikie napady nienawiści, doprowadzał do pasji, płaczu, wrzasku, podnosił poziom adrenaliny i stresu.
I rzeczywiście był moją pierwszą miłością(?). Pierwszą osobą na której mi zależało, w którą zaangażowałam masę emocji, który samym swoim istnieniem przysłonił mi rozum i ukrył wszelkie niedoskonałości naszych relacji. Patrząc z perspektywy czasu- szajba mi odbiła.
Po tym, jak mnie rzucił, zmieszał z błotem i dobił swoim wielkim buciorem została mi spora nauczka- zawsze w związku ktoś kocha mocniej. I powiem szczerze, że boję się być tą osobą.
Dwa lata po owej katastrofie w moim małym świecie (porównywalne do przeciągnięcia wszystkiego przez rozdrabniarkę, wymłócenia, spalenia i wrzucenia do oceanu) pan Piotr postanowił dowiedzieć się co też u mnie słychać, jak ten najlepszy przyjaciel. Kilka miesięcy wcześniej okazjonalnie wysyłał mi smsy- a to na urodziny, a to przed maturą. Kilka razy próbował się dodzwonić o nieludzkich nocnych godzinach, ale z upartością ignorowałam jego zaczepki i wyłączałam telefon. Bo ja do KURWY NĘDZY w nocy SYPIAM, a NIE CZEKAM na telefon od jakiegoś PIERDOLONEGO PATAŁACHA.
Miarka się przebrała kilka dni temu, kiedy wkurwił mnie sms o 2 w nocy- nie mogłam spać, było duszno, gorąco, miałam gorączkę i łamało mnie we wszystkich kościach. Napisałam jełopowi co myślę o jego nocnych akcjach. Niestety na tym się nie skończyło i następnego dnia miałam nieprzyjemność rozmawiać z nim przez gadu-gadu.
I tak się zastanawiam: Jakim cudem wytrzymałam z nim rok?
Nienawiść już mi przeszła, zostało coś pomiędzy obojętnością, a pogardą. Ale wciąż czuć ten niesmak, a w głowie zostają wspomnienia samych upokorzeń.
Może jestem kiepskim przykładem, ale zgadzam się z tym. Na podstawie autopsji. Bo ja nie mam zwyczaju nienawidzić, nie mam w zwyczaju trzymać urazy. Po prostu mi mija, minuta po minucie, godzina po godzinie, dzień po dniu sprawa staje mi się coraz bardziej obojętna, zmętniała, odległa, a związani z nią ludzie obcy i nieznani.
Jest jeden mężczyzna(?), który przyprawiał mnie o dzikie napady nienawiści, doprowadzał do pasji, płaczu, wrzasku, podnosił poziom adrenaliny i stresu.
I rzeczywiście był moją pierwszą miłością(?). Pierwszą osobą na której mi zależało, w którą zaangażowałam masę emocji, który samym swoim istnieniem przysłonił mi rozum i ukrył wszelkie niedoskonałości naszych relacji. Patrząc z perspektywy czasu- szajba mi odbiła.
Po tym, jak mnie rzucił, zmieszał z błotem i dobił swoim wielkim buciorem została mi spora nauczka- zawsze w związku ktoś kocha mocniej. I powiem szczerze, że boję się być tą osobą.
Jeszcze będzie za Tobą latał z wywieszonym ozorem.- zwykł powtarzać wtedy mój ojciec. I rzeczywiście, nie pomylił się. Wystarczyło cierpliwie poczekać, zająć się własnym życiem, nie skomleć, tylko wziąć się w garść i budować sobie świat od nowa.
Dwa lata po owej katastrofie w moim małym świecie (porównywalne do przeciągnięcia wszystkiego przez rozdrabniarkę, wymłócenia, spalenia i wrzucenia do oceanu) pan Piotr postanowił dowiedzieć się co też u mnie słychać, jak ten najlepszy przyjaciel. Kilka miesięcy wcześniej okazjonalnie wysyłał mi smsy- a to na urodziny, a to przed maturą. Kilka razy próbował się dodzwonić o nieludzkich nocnych godzinach, ale z upartością ignorowałam jego zaczepki i wyłączałam telefon. Bo ja do KURWY NĘDZY w nocy SYPIAM, a NIE CZEKAM na telefon od jakiegoś PIERDOLONEGO PATAŁACHA.
Miarka się przebrała kilka dni temu, kiedy wkurwił mnie sms o 2 w nocy- nie mogłam spać, było duszno, gorąco, miałam gorączkę i łamało mnie we wszystkich kościach. Napisałam jełopowi co myślę o jego nocnych akcjach. Niestety na tym się nie skończyło i następnego dnia miałam nieprzyjemność rozmawiać z nim przez gadu-gadu.
I tak się zastanawiam: Jakim cudem wytrzymałam z nim rok?
Nienawiść już mi przeszła, zostało coś pomiędzy obojętnością, a pogardą. Ale wciąż czuć ten niesmak, a w głowie zostają wspomnienia samych upokorzeń.
Młodzież za dużo myśli o tej cudownej, wspaniałej, filozoficznej, udupiającej, jednostronnej, skurwiającej i nieszczęśliwej miłości.
Nie ma co tutaj czytać.
***
Piękna pogoda, a ja rzucam się z gorączką i łamaniem w kościach- pozdro600
Nie ma co tutaj czytać.
***
Piękna pogoda, a ja rzucam się z gorączką i łamaniem w kościach- pozdro600
Tagi:
takie tam
...warto wspomnieć o dalszych planach na wakacje. Otóż są one dość niewielkie, ale za to bardzo przyjemne i wyczekiwane z niecierpliwością ;).
Praca nie wpisuje się w plan, bo stanie się codziennością. Jakoś trzeba na przyjemności dla swojej wielkiej dupy zarobić. A poza słodyczami i pizzą przydadzą się jeszcze wyjazdy ;p.
Rodzice odcięli mi nastoletnią gotówkę na przyjemności i teraz dziecię dba o siebie samo (z nieopisaną pomocą dziadków- wielkie dzięki ;)), planuje samo, wydaje samo i bierze odpowiedzialność za ewentualne swoje uszkodzenia samo.
Czuję się taka... niedojrzała do takiej dorosłej postawy ;p.
Jakiś czas temu pisałam o aucie- delikatny niewypał, ale nie poddajemy się. Być może w najbliższym czasie uda się zakupić coś własnego, taniego w utrzymaniu i zdatnego do jazdy- tico niestety nawala i ZDECYDOWANIE nie nadaje się na trasy dłuższe niż 15 km za jednym rzutem.
Wracając do meritum...
Na początku sierpnia, czyli już po zakończeniu nieprzyjemności rekrutacyjnych, rzucamy się znowu na wodę :). Tym razem wyjazd jest bez odgórnej organizacji, bez ciężarówki wiozącej nam bagaże i bez wynajętych miejsc na polach namiotowych. Wsiadamy w kilka osób we własne kajaki i wiosłujemy nad morze.
Jeżeli ktoś się wypieprzy to może się pożegnać z ubraniami, jedzeniem, dokumentami, butlą gazową i kasą na przeżycie- ach, jest ten dreszczyk emocji ;p.
Poza tym survivalowe będą również noclegi i higiena, żeby zaoszczędzić na polach namiotowych i prysznicach.
Jaram się tym wyjazdem jak głupia, ale też jak rasowa kobieta (już mniej głupia i pewnie jedyna na spływie) przygotowuję listę rzeczy must-have (wcale nie chodzi o designerskie ciuchy).
Zabawa potrwa tydzień i znowu powrót do wspomnianej na początku codzienności. Następny wyjazd planuję pod koniec sierpnia, ale to jest jeszcze w fazie przygotowań i wybuchnie z siłą niespodzianki- nie mogę się tu przyznawać o co chodzi ;D
Praca nie wpisuje się w plan, bo stanie się codziennością. Jakoś trzeba na przyjemności dla swojej wielkiej dupy zarobić. A poza słodyczami i pizzą przydadzą się jeszcze wyjazdy ;p.
Rodzice odcięli mi nastoletnią gotówkę na przyjemności i teraz dziecię dba o siebie samo (z nieopisaną pomocą dziadków- wielkie dzięki ;)), planuje samo, wydaje samo i bierze odpowiedzialność za ewentualne swoje uszkodzenia samo.
Czuję się taka... niedojrzała do takiej dorosłej postawy ;p.
Jakiś czas temu pisałam o aucie- delikatny niewypał, ale nie poddajemy się. Być może w najbliższym czasie uda się zakupić coś własnego, taniego w utrzymaniu i zdatnego do jazdy- tico niestety nawala i ZDECYDOWANIE nie nadaje się na trasy dłuższe niż 15 km za jednym rzutem.
Wracając do meritum...
Na początku sierpnia, czyli już po zakończeniu nieprzyjemności rekrutacyjnych, rzucamy się znowu na wodę :). Tym razem wyjazd jest bez odgórnej organizacji, bez ciężarówki wiozącej nam bagaże i bez wynajętych miejsc na polach namiotowych. Wsiadamy w kilka osób we własne kajaki i wiosłujemy nad morze.
Jeżeli ktoś się wypieprzy to może się pożegnać z ubraniami, jedzeniem, dokumentami, butlą gazową i kasą na przeżycie- ach, jest ten dreszczyk emocji ;p.
Poza tym survivalowe będą również noclegi i higiena, żeby zaoszczędzić na polach namiotowych i prysznicach.
Jaram się tym wyjazdem jak głupia, ale też jak rasowa kobieta (już mniej głupia i pewnie jedyna na spływie) przygotowuję listę rzeczy must-have (wcale nie chodzi o designerskie ciuchy).
Zabawa potrwa tydzień i znowu powrót do wspomnianej na początku codzienności. Następny wyjazd planuję pod koniec sierpnia, ale to jest jeszcze w fazie przygotowań i wybuchnie z siłą niespodzianki- nie mogę się tu przyznawać o co chodzi ;D
Aktualny stan pogodowy ma jeden zasadniczy defekt- siedząc przy rozgrzanym laptopie nie mogę pić mojej ulubionej gorącej herbaty. I bez tego rozpływam się... z zachwytu nad refleksami słońca i nad wakacyjną aurą. Ale wolę podziwiać te cuda z przyjemnego cienia, bo moje ciało jakoś źle znosi nadmiar pieszczoty.
Przyznałam rację stwierdzeniu, że nie ma kobiet zupełnie brzydkich. Albo ja przynajmniej takich nie spotykam na swojej drodze (historie internetowe wcale mnie obchodzą w tej kwestii). Każda może mieć w swoim wyglądzie coś pięknego i urzekającego, co dostrzegają ludzie trochę wrażliwsi i lepsi obserwatorzy.
Na mnie szczególnie działają ręce. Lubię szczupłe nadgarstki i grację w palcach, zadbane paznokcie o długich płytkach, niewymuszony wdzięk w codziennych czynnościach. Chciałabym, żeby moje ręce też tak wyglądały, ale niestety czegoś im brak.
U każdej kobiety piękno może skumulować się w zupełnie innym miejscu. Szkoda, że czasami jest tłamszone i niedostrzegane w pogoni za ideałem z gazet i internetu.
Nie jestem aż taka wrażliwa na piękno męskiego ciała ;p. Mam swój jeden ideał, który zaspokaja wszelkie moje potrzeby estetyczne ;). Innych nie podziwiam, bo i tak przegrają.
***
Kupiłam sobie nareszcie dobrą prostownicę, która z moich poskręcanych kudłów robi coś gładkiego i przyjemnego w dotyku. Teraz szpanuję schludną grzyweczką i falującą taflą wycieniowanych włosów :)
[Edit]
Tak sobie myślę, że czasami dobrze jest mieszkać w mieście, gdzie jest 18 mikro-smródek, które w większości zostały wkopane pod miejski zgiełk i spokojnie sobie płyną pod ziemią. Nie ma miejsca do rekreacji, ani możliwości szpanu ilością mostów, ale powodzi też raczej tutaj nigdy nie notują.
W sumie... w centrum takiej Warszawy też nie ma co liczyć na wodną rekreację.
Przyznałam rację stwierdzeniu, że nie ma kobiet zupełnie brzydkich. Albo ja przynajmniej takich nie spotykam na swojej drodze (historie internetowe wcale mnie obchodzą w tej kwestii). Każda może mieć w swoim wyglądzie coś pięknego i urzekającego, co dostrzegają ludzie trochę wrażliwsi i lepsi obserwatorzy.
Na mnie szczególnie działają ręce. Lubię szczupłe nadgarstki i grację w palcach, zadbane paznokcie o długich płytkach, niewymuszony wdzięk w codziennych czynnościach. Chciałabym, żeby moje ręce też tak wyglądały, ale niestety czegoś im brak.
U każdej kobiety piękno może skumulować się w zupełnie innym miejscu. Szkoda, że czasami jest tłamszone i niedostrzegane w pogoni za ideałem z gazet i internetu.
Nie jestem aż taka wrażliwa na piękno męskiego ciała ;p. Mam swój jeden ideał, który zaspokaja wszelkie moje potrzeby estetyczne ;). Innych nie podziwiam, bo i tak przegrają.
***
Kupiłam sobie nareszcie dobrą prostownicę, która z moich poskręcanych kudłów robi coś gładkiego i przyjemnego w dotyku. Teraz szpanuję schludną grzyweczką i falującą taflą wycieniowanych włosów :)
[Edit]
Tak sobie myślę, że czasami dobrze jest mieszkać w mieście, gdzie jest 18 mikro-smródek, które w większości zostały wkopane pod miejski zgiełk i spokojnie sobie płyną pod ziemią. Nie ma miejsca do rekreacji, ani możliwości szpanu ilością mostów, ale powodzi też raczej tutaj nigdy nie notują.
W sumie... w centrum takiej Warszawy też nie ma co liczyć na wodną rekreację.
Jest temat.
Ale nie mam weny.
Jebane pyłki blokują mi przepływ informacji na drogach mózg-mózg, różne receptory-mózg, mózg-inne partie ciała.
Czyli chujnia.
Ale nie mam weny.
Jebane pyłki blokują mi przepływ informacji na drogach mózg-mózg, różne receptory-mózg, mózg-inne partie ciała.
Czyli chujnia.
Tagi:
chujnia
Wakacje uważam za zajebiście rozpoczęte :)
Pozdrowienia od maturzystów!
Zszedł nareszcie, hodowany przez miesiąc, nasilony stres :)
Bardzo ładnie i zgrabnie zakończyłam matury. Dokonałam w ten sposób pewnej przełomowej zmiany w swoim życiu- do egzaminu dojrzałości mam zamiar podchodzić tylko raz i teraz zrobiłam to najlepiej jak potrafiłam- brzemię na całe życie.
Ostatni egzamin miałam wczoraj- piękne zakończenie, 100% z polskiego, żeby było podsumowanie z przytupem. Noc spędziłam na domówce, świętując z ulubionymi ludźmi zwycięstwo (oczywiście zakładam, że wszystkie pisemne zdam ;p) nad CKE i własnymi słabościami.
Jutro wyjazd na spływ, będzie relaks i podziwianie przyrody- oby nie przez strugi deszczu. Żądam dużo słońca, żeby wymuskało mi cerę na oliwkowy kolor :)
Po powrocie trzeba będzie zająć się rekrutacją i nareszcie podjąć decyzję odnośnie wybrania kierunku dalszego kształcenia. Myślałam o Międzywydziałowych Indywidualnych Studiach Humanistycznych, ale jeszcze nie do końca zgłębiłam system działania tego tworu.
Dzisiaj świętuje Adam. Przebrnął przez najtrudniejszy i najbardziej stresujący, jego zdaniem egzamin- ustny polski- i gdzieś mi się szwęda po mieście z kumplami. Zapraszali mnie, ale dzisiejszy stan nie pozwalał mi na zbyt duże szaleństwa ;p.
Wszyscy, widząc mnie rano (z ledwością przydreptałam do szkoły, żeby wspierać mego mężczyznę), wyrażali bezbrzeżny smutek nad moim wyglądem ;p. Ja uważam, że nie było tak źle ;)
Dobranoc!
Bardzo ładnie i zgrabnie zakończyłam matury. Dokonałam w ten sposób pewnej przełomowej zmiany w swoim życiu- do egzaminu dojrzałości mam zamiar podchodzić tylko raz i teraz zrobiłam to najlepiej jak potrafiłam- brzemię na całe życie.
Ostatni egzamin miałam wczoraj- piękne zakończenie, 100% z polskiego, żeby było podsumowanie z przytupem. Noc spędziłam na domówce, świętując z ulubionymi ludźmi zwycięstwo (oczywiście zakładam, że wszystkie pisemne zdam ;p) nad CKE i własnymi słabościami.
Jutro wyjazd na spływ, będzie relaks i podziwianie przyrody- oby nie przez strugi deszczu. Żądam dużo słońca, żeby wymuskało mi cerę na oliwkowy kolor :)
Po powrocie trzeba będzie zająć się rekrutacją i nareszcie podjąć decyzję odnośnie wybrania kierunku dalszego kształcenia. Myślałam o Międzywydziałowych Indywidualnych Studiach Humanistycznych, ale jeszcze nie do końca zgłębiłam system działania tego tworu.
Dzisiaj świętuje Adam. Przebrnął przez najtrudniejszy i najbardziej stresujący, jego zdaniem egzamin- ustny polski- i gdzieś mi się szwęda po mieście z kumplami. Zapraszali mnie, ale dzisiejszy stan nie pozwalał mi na zbyt duże szaleństwa ;p.
Wszyscy, widząc mnie rano (z ledwością przydreptałam do szkoły, żeby wspierać mego mężczyznę), wyrażali bezbrzeżny smutek nad moim wyglądem ;p. Ja uważam, że nie było tak źle ;)
Dobranoc!
.what a shame the poor groom's bride is a whore.
Bawi mnie ta piosenka i teledysk ;) Tak bardzo, że postarałam się o płytę- zobaczymy co na niej znajdę.
Tagi:
muzyka
panic at the disco
W internecie śledzę związki, przyjaźnie, kłótnie, ciąże, zdarzenia losowe, humory, koligacje znajomowościowe i inne. Jestem na bieżąco informowana o wszystkich ważniejszych wydarzeniach w życiu moich znajomych, ich znajomych, znajomych ich znajomych, bliższych i dalszych krewnych. Oceniam kolejne dziewczyny kolegów, kolejnych partnerów koleżanek, oglądam zdjęcia z następnych etapów ciąży, ze ślubów znajomych z lat podstawówki, widzę, jak rosną ich dzieci.
A przecież ja nie jestem nikim ważnym. Nie śledzę tych informacji godzinami, z zapartym tchem ślęcząc nocą przed ekranem, w poszukiwaniu pożywki na następne spotkanie z kumpelami. Wystarczy, że otworzę kilka podstawowych stron internetowych: nasza-klasa, facebook, fotka.pl (to przekierowanie z naszej klasy- sama konta nie mam) i nie potrzeba nic więcej.
Ja to ja, ale wszystkie możliwe służby państwowe i poza-państwowe za pomocą internetu mogą zebrać informacje o całym naszym życiu- łącznie z godzinami wypróżniania się, wąchania kwiatków, czy brania kąpieli.
Prywatność przestała być w cenie, nikt już o nią nie dba- przecież lubimy się chwalić, prawda?
Staram się nie informować o swoim życiu na portalach społecznościowych, ale znalazłam sobie w tym celu inną stronę i tutaj uzewnętrzniam pół swojego życia. Mam mieszane uczucia wobec całego zjawiska, jak i wobec swojego postępowania.
Przecież w internecie żadne informacje nie zaginą. Pokolenie, które nie zna życia bez komputera i sieci już jest prześwietlone do cna.
A przecież ja nie jestem nikim ważnym. Nie śledzę tych informacji godzinami, z zapartym tchem ślęcząc nocą przed ekranem, w poszukiwaniu pożywki na następne spotkanie z kumpelami. Wystarczy, że otworzę kilka podstawowych stron internetowych: nasza-klasa, facebook, fotka.pl (to przekierowanie z naszej klasy- sama konta nie mam) i nie potrzeba nic więcej.
Ja to ja, ale wszystkie możliwe służby państwowe i poza-państwowe za pomocą internetu mogą zebrać informacje o całym naszym życiu- łącznie z godzinami wypróżniania się, wąchania kwiatków, czy brania kąpieli.
Prywatność przestała być w cenie, nikt już o nią nie dba- przecież lubimy się chwalić, prawda?
Staram się nie informować o swoim życiu na portalach społecznościowych, ale znalazłam sobie w tym celu inną stronę i tutaj uzewnętrzniam pół swojego życia. Mam mieszane uczucia wobec całego zjawiska, jak i wobec swojego postępowania.
Przecież w internecie żadne informacje nie zaginą. Pokolenie, które nie zna życia bez komputera i sieci już jest prześwietlone do cna.
Tagi:
internet
Dziś od rana była biologia rozszerzona.
Matura idzie mi tak lekko, że zaczynam podejrzewać jakiś spisek. Tak, to musi być to.
Jeszcze tylko 12 dni i wyjazd :). Szkoda, że żadnej koleżanki sobie nie zdołałam zaciągnąć pod namiot ;p Facetom nie dam rady dotrzymać kroku w piciu. Z góry zrezygnowałam z rywalizacji. Szczególnie, że to Jacek vel. "ze-mną-się-nie-napijesz?", Homer vel. Zamulacz i Adam, po prostu mój Adam ;)
Przedwczoraj bawiłam się w fryzjerkę i już nie istnieje dla mnie groźba trzymania adamowych włosów na spływie ;p. Trochę szkoda tych jego ślicznych loczków.
Jutro idę spieniężyć wszystkie licealne książki. Na repetytoria i tomiszcza biologiczne już znalazłam nabywcę, więc na nich zarobię więcej, niż w antykwariacie. To będą pierwsze drobne zarobki tego lata. Po powrocie ze spływu zaciągnę się gdzieś na miesiąc jako tania i niewykształcona siła robocza, żeby zarobić na benzynę do naszego auta (już jutro będzie w Łodzi! :D) i na ewentualne dalsze wyjazdy. Jakoś w lipcu może wypadnie nam wizyta w Skowronkach, a muszę jeszcze gdzieś zabalować z przyjaciółmi i przyjaciółkami.
Założyłam się z Adamem, że nie zda matury z chemii. Moją nagrodą będzie możliwość wyciągnięcia go GDZIEKOLWIEK w czasie trwania wakacji (do września, bo wtedy zaczyna się rok szkolny w muzycznej), nawet do rowu na miesiąc ;p.
Jeżeli on wygra, to sytuacja zostaje analogicznie odwrócona. Ale zakładam, że tak się nie stanie ;p.
19 maja świętujemy z dziewczynami zakończenie matur. Wszystkie mamy tego dnia ostatni egzamin- ustny polski. Zaczynamy kulturalnie od bardzo dobrego wina wytrawnego. Postanowiłam w ten sposób wykorzystać trunek, który dostałam na osiemnastkę- uważam, że to jest dobra okazja. Na inne kulturne rozrywki nas nie stać, więc na tym kończymy część oficjalną i zaczynamy palenie staników przy Komandosie ;p
Matura idzie mi tak lekko, że zaczynam podejrzewać jakiś spisek. Tak, to musi być to.
Jeszcze tylko 12 dni i wyjazd :). Szkoda, że żadnej koleżanki sobie nie zdołałam zaciągnąć pod namiot ;p Facetom nie dam rady dotrzymać kroku w piciu. Z góry zrezygnowałam z rywalizacji. Szczególnie, że to Jacek vel. "ze-mną-się-nie-napijesz?", Homer vel. Zamulacz i Adam, po prostu mój Adam ;)
Przedwczoraj bawiłam się w fryzjerkę i już nie istnieje dla mnie groźba trzymania adamowych włosów na spływie ;p. Trochę szkoda tych jego ślicznych loczków.
Jutro idę spieniężyć wszystkie licealne książki. Na repetytoria i tomiszcza biologiczne już znalazłam nabywcę, więc na nich zarobię więcej, niż w antykwariacie. To będą pierwsze drobne zarobki tego lata. Po powrocie ze spływu zaciągnę się gdzieś na miesiąc jako tania i niewykształcona siła robocza, żeby zarobić na benzynę do naszego auta (już jutro będzie w Łodzi! :D) i na ewentualne dalsze wyjazdy. Jakoś w lipcu może wypadnie nam wizyta w Skowronkach, a muszę jeszcze gdzieś zabalować z przyjaciółmi i przyjaciółkami.
Założyłam się z Adamem, że nie zda matury z chemii. Moją nagrodą będzie możliwość wyciągnięcia go GDZIEKOLWIEK w czasie trwania wakacji (do września, bo wtedy zaczyna się rok szkolny w muzycznej), nawet do rowu na miesiąc ;p.
Jeżeli on wygra, to sytuacja zostaje analogicznie odwrócona. Ale zakładam, że tak się nie stanie ;p.
19 maja świętujemy z dziewczynami zakończenie matur. Wszystkie mamy tego dnia ostatni egzamin- ustny polski. Zaczynamy kulturalnie od bardzo dobrego wina wytrawnego. Postanowiłam w ten sposób wykorzystać trunek, który dostałam na osiemnastkę- uważam, że to jest dobra okazja. Na inne kulturne rozrywki nas nie stać, więc na tym kończymy część oficjalną i zaczynamy palenie staników przy Komandosie ;p
Tagi:
sprawy różne
Lepiej późno, niż wcale :D
JESTEM PIERDOLONYM MATEMATYCZNYM GENIUSZEM!!! (taka mała amerykanizacja ;p)
Nie wiedząc nic, robiąc na chłopsko (często łatwiej niż wzorami) rozwaliłam wszystkie zadania i liczę na około 85-90%
JESTEM PIERDOLONYM MATEMATYCZNYM GENIUSZEM!!! (taka mała amerykanizacja ;p)
Nie wiedząc nic, robiąc na chłopsko (często łatwiej niż wzorami) rozwaliłam wszystkie zadania i liczę na około 85-90%
Tagi:
matura


